Post
a.gugu | blog | podstawa programowaCo robimy w przedszkolu w ramach podstawy programowej
agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe

TOP 5

To nie jest decyzja „przeciwko rozwojowi”

To decyzja w jego obronie. Chcemy Was przeprowadzić przez to krok po kroku — dokładnie tak, jak sami dochodziliśmy do tej decyzji.

Zatrzymajmy się na chwilę. Jak naprawdę wygląda dzień dziecka?

Poranek w szatni wygląda podobnie w wielu miejscach. Jest trochę pośpiechu i trochę emocji, które trudno szybko „zamknąć”. Z jednej strony jesteśmy myślami w pracy, a z drugiej coś nas zatrzymuje. Dziecko stoi między nami a salą – jeszcze tu, już trochę tam. I kiedy wychodzimy, bardzo łatwo pomyśleć, że ono właśnie zaczyna dzień, który w dużej mierze będzie polegał na zabawie. Że to jest przestrzeń raczej swobodna, lekka, trochę „między zajęciami”.

Niebanalny żłobek a.gugu | ul. Mariańska | Galeria zdjęć

Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna.

Jeśli rozłożyć dzień przedszkolny na części, okazuje się, że jest on bardzo gęsto wypełniony. Są zajęcia dydaktyczne prowadzone przez nauczyciela, są elementy języka, rytmiki, wsparcia specjalistów. Są wyjścia na zewnątrz, które nie są tylko „wybieganiem się”, ale realnym doświadczeniem świata. Są projekty, wydarzenia, przygotowania do różnych okazji. Są sytuacje społeczne, które wymagają od dzieci negocjowania, podejmowania decyzji, radzenia sobie z emocjami.

Niebanalny żłobek a.gugu | ul. Bukowa | Galeria zdjęć

To nie jest luźny plan dnia.

To jest struktura, która już teraz intensywnie wspiera rozwój dziecka. I to jest pierwszy moment, który warto sobie uświadomić. Bo wielu z nas, patrząc z zewnątrz, zakłada, że „tam jeszcze można coś dołożyć”. Że skoro to przedszkole, to pewnie jest przestrzeń na kolejne zajęcia, kolejne aktywności, kolejne „wsparcie rozwoju”. Problem polega na tym, że ta przestrzeń w praktyce często już nie istnieje.

Niebanalny żłobek a.gugu Lublin | Jak pracujemy | Program i pedagogika

Podstawa programowa – czyli więcej, niż się wydaje

Plan rozwoju dziecka

W tym miejscu warto dodać jedną rzecz, która często brzmi bardzo formalnie, a w praktyce ma ogromne znaczenie – podstawę programową. Dla wielu z nas to brzmi jak minimum. Jak coś, co „trzeba zrealizować”. Tymczasem w rzeczywistości to jest bardzo szeroki plan rozwoju dziecka – obejmujący język, matematykę, przyrodę, relacje społeczne, emocje, ruch, sztukę. To nie jest lista tematów do „odhaczenia”. To jest mapa tego, czego dziecko potrzebuje, żeby rozwijać się całościowo. I kiedy to się dzieje dobrze, to nie wygląda jak osobne zajęcia z każdego obszaru. To się przenika. W jednej aktywności pojawia się jednocześnie myślenie, ruch, relacja, język.

agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe

Dlatego z zewnątrz może to wyglądać jak „zwykły dzień w przedszkolu”.

A w środku dzieje się pełen proces rozwoju. I to jest ważny moment zrozumienia. Bo kiedy widzimy, jak dużo już się tam dzieje, łatwiej zobaczyć, że dokładanie kolejnych rzeczy nie zawsze oznacza więcej rozwoju. Czasem oznacza tylko mniej miejsca, żeby ten rozwój mógł się wydarzyć naprawdę.

Niebanalny żłobek a.gugu | ul. Mariańska | Galeria zdjęć

Mały eksperyment: czego tak naprawdę chcemy jako rodzice?

Podczas ostatniego ze spotkań z rodzicami padło kilka prostych pytań. Nie były trudne. Właściwie były bardzo codzienne.

Co jest dla Ciebie ważniejsze: żeby dziecko było spokojne i szczęśliwe, czy żeby dobrze radziło sobie w przyszłości?

Czy ważniejsza jest swobodna zabawa, czy rozwijanie umiejętności?

Czy większym problemem jest nuda, czy „stracony czas”?

Za każdym razem trzeba było wybrać jedną odpowiedź. I za każdym razem wybór był niewygodny. Dopiero w momencie, kiedy pojawiła się możliwość zaznaczenia dwóch odpowiedzi, napięcie wyraźnie opadło. To była bardzo naturalna ulga, która pokazała coś ważnego – większość z nas nie chce wybierać.

Napięcie, w którym wszyscy jesteśmy

Chcemy dziecka, które ma spokojne dzieciństwo i jednocześnie się dynamicznie rozwija. Które ma przestrzeń na rozwój we własnym tempie i jednocześnie „nie zostaje w tyle”. Które jest spokojne, ale też intensywnie zdobywa umiejętności potrzebne w przyszłości.
To napięcie nie jest błędem. Ono wynika z realiów, w których żyjemy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy próbujemy te dwie rzeczy włożyć do jednego, codziennego planu bez żadnych ograniczeń.

Napięcie, w którym wszyscy jesteśmy

Chcemy dziecka, które ma spokojne dzieciństwo i jednocześnie się dynamicznie rozwija. Które ma przestrzeń na rozwój we własnym tempie i jednocześnie „nie zostaje w tyle”. Które jest spokojne, ale też intensywnie zdobywa umiejętności potrzebne w przyszłości.
To napięcie nie jest błędem. Ono wynika z realiów, w których żyjemy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy próbujemy te dwie rzeczy włożyć do jednego, codziennego planu bez żadnych ograniczeń.

agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe

Jak z jednych zajęć robi się pięć (i nawet tego nie zauważamy)

Podrzućmy przykład z życia. Wrzesień 2025 – w przedszkolu pojawił się pomysł, żeby dać rodzicom większy wybór. Szeroki wachlarz zajęć dodatkowych, z jasnym komunikatem: wybierzcie maksymalnie jedne, dwa. Tyle w zupełności wystarczy. I na początku dokładnie tak to wyglądało.

Decyzje były spokojne, przemyślane. Rodzice wybierali coś „na próbę”, coś, co faktycznie miało sens. Dzieci chodziły na jedne zajęcia, czasem na drugie. Całość była w równowadze. A potem zaczęła się codzienność. Dzieci zaczęły zauważać, że inni chodzą na coś jeszcze. Że koleżanka ma taniec, kolega rolki, ktoś inny coś plastycznego. Pojawiały się rozmowy: „ja też chcę”, „to jest fajne”, „dlaczego ja nie chodzę?”.

I w tym miejscu wchodzi bardzo ludzka reakcja. My – jako rodzice – chcemy słuchać. Chcemy, żeby dziecko czuło się zauważone, żeby miało możliwości, żeby nie było pominięte. Trudno powiedzieć „nie”, kiedy coś wydaje się rozwojowe, a dziecko tego chce. Więc dokładamy jeszcze jedne zajęcia. Potem czasem jeszcze jedne. I bardzo często nawet nie zauważamy momentu, w którym przekraczamy tę granicę, którą sami wcześniej uznaliśmy za rozsądną. Z jednych zajęć robią się trzy. Z trzech – cztery. Czasem więcej.

I nagle okazuje się, że dzień dziecka zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, niż planowaliśmy. Zamiast przestrzeni między aktywnościami pojawiają się kolejne przejścia. Zamiast czasu na własną zabawę – kolejne „bloki”. Każdy fragment dnia ma swoje zadanie, swoją funkcję, swoje oczekiwanie.

agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe

Co się wtedy gubi? To, czego nie widać w grafiku

Z zewnątrz wszystko się zgadza. Każda z tych rzeczy ma sens. Każda rozwija. A jednak coś zaczyna się gubić. Dziecko jest zmęczone. Traci przestrzeń na odpoczynek, ale też na coś dużo trudniejszego do uchwycenia – na bycie w czymś po swojemu. Na zatrzymanie się przy jednej rzeczy dłużej. Na rozwijanie własnych pomysłów. Znika czas swobodny. Ten, który z perspektywy dorosłego łatwo uznać za „mniej wartościowy”, bo nie ma w nim konkretnego efektu do pokazania. A który w rzeczywistości jest jednym z kluczowych momentów rozwoju.

Umiejętności vs kompetencje – kluczowa różnica

Żeby dobrze zrozumieć, dlaczego czas swobodny jest tak ważny, warto na chwilę zatrzymać się przy jednej różnicy, która często umyka: różnicy między umiejętnościami a kompetencjami.

I tu pojawia się kluczowa rzecz. Umiejętności można „dołożyć”. Kompetencje trzeba zbudować.

 Umiejętności

Umiejętności to rzeczy, które można stosunkowo łatwo zobaczyć i zmierzyć. Dziecko potrafi policzyć, powiedzieć kilka słów w języku obcym, wykonać określony ruch, nauczyć się piosenki. To są konkretne, widoczne efekty.

 Kompetencje

Kompetencje są czymś innym. To zdolność do myślenia, podejmowania decyzji, radzenia sobie z emocjami, budowania relacji, koncentracji, wytrwałości. To są rzeczy, które nie powstają w wyniku jednej lekcji ani jednego zajęcia. One budują się w czasie, w doświadczeniu, w powtarzalności.

Umiejętności vs kompetencje – kluczowa różnica

Żeby dobrze zrozumieć, dlaczego czas swobodny jest tak ważny, warto na chwilę zatrzymać się przy jednej różnicy, która często umyka: różnicy między umiejętnościami a kompetencjami.

I tu pojawia się kluczowa rzecz. Umiejętności można „dołożyć”. Kompetencje trzeba zbudować.

 Umiejętności

Umiejętności to rzeczy, które można stosunkowo łatwo zobaczyć i zmierzyć. Dziecko potrafi policzyć, powiedzieć kilka słów w języku obcym, wykonać określony ruch, nauczyć się piosenki. To są konkretne, widoczne efekty.

 Kompetencje

Kompetencje są czymś innym. To zdolność do myślenia, podejmowania decyzji, radzenia sobie z emocjami, budowania relacji, koncentracji, wytrwałości. To są rzeczy, które nie powstają w wyniku jednej lekcji ani jednego zajęcia. One budują się w czasie, w doświadczeniu, w powtarzalności.

agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe

Dlaczego czas „nicnierobienia” jest jednym z najważniejszych momentów rozwoju

Z perspektywy rozwoju dziecka czas swobodny – ten, który często próbujemy wypełnić – jest jednym z głównych miejsc budowania kompetencji. To właśnie wtedy dziecko podejmuje własne decyzje. Samo organizuje sobie działanie. Napotyka trudności, których nikt wcześniej nie „zaplanował”. Uczy się radzić sobie z nudą, która nie jest brakiem bodźców, tylko początkiem kreatywności. To w swobodnej zabawie pojawia się negocjowanie zasad, rozwiązywanie konfliktów, próby i błędy, które nie są oceniane. To tam dziecko buduje wewnętrzną motywację – robi coś nie dlatego, że ktoś to zaplanował, tylko dlatego, że samo chce.

Z punktu widzenia neuronauki to właśnie takie sytuacje najmocniej wspierają rozwój mózgu. Bo wymagają łączenia różnych obszarów: emocji, ruchu, myślenia, relacji. Tego nie da się w pełni odtworzyć w trzydziestominutowym bloku zajęć.

Nie chodzi o to, że zajęcia są złe. Chodzi o proporcje

I to prowadzi do kolejnego wniosku. Nie chodzi o to, że zajęcia są „złe”. One mają swoją wartość. Dają kontakt z umiejętnością, pokazują nowe obszary, inspirują. Ale jeśli zaczynają dominować, to zaczynają wypierać coś, czego nie da się zastąpić – czasu, w którym dziecko samo „układa” to wszystko w sobie.

Dlatego decyzja o ograniczeniu zajęć dodatkowych nie wynika z przekonania, że rozwój nie jest ważny. Wręcz przeciwnie. Wynika z przekonania, że rozwój dziecka to coś więcej niż suma aktywności wpisanych w grafik.

agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe

Jak uczą się dzieci naprawdę?

W tym podejściu kluczowe jest to, jak w ogóle rozumiemy naukę. Bo bardzo łatwo myśleć o niej w kategoriach „zajęć” czy “lekcji”, że żeby dziecko się czegoś nauczyło, potrzebuje wydzielonego czasu, konkretnej formy i kogoś, kto to poprowadzi.

I to oczywiście działa… ale tylko do pewnego poziomu. „Model zajęciowy” daje dziecku kontakt z umiejętnością. Pokazuje, że coś istnieje. Dziecko przez chwilę skupia się na danym obszarze, wykonuje zadanie, kończy i idzie dalej. To trochę jak dotknięcie tematu – wystarczające, żeby go zauważyć, ale często niewystarczające, żeby naprawdę go zrozumieć.

„Model oparty na codzienności” działa inaczej, bo nie wydziela nauki z życia dziecka. On ją w to życie wplata.

Dobrym przykładem jest moment wprowadzania przez nauczyciela pojęcia miary. Dzieci zaczynają od bardzo konkretnych doświadczeń. Mierzą różne rzeczy: stoliki, krzesła, własne buty. Mierzą siebie nawzajem, sprawdzają, kto jest wyższy, kto niższy. Ktoś wpada na pomysł, żeby sprawdzić, jak długi jest parapet albo ile „mieści się” w przejściu między półkami. Pojawia się miarka, ale szybko okazuje się, że centymetry niewiele jeszcze mówią. To tylko liczby. Dlatego zanim pojawi się prawdziwa jednostka, dzieci zaczynają mierzyć czymś, co znają – na przykład klockami LEGO. Nagle długość przestaje być abstrakcją. Stolik ma „14 klocków”, kolega „20 klocków wzrostu”, a półka „trochę więcej niż 10”. Można to zobaczyć, porównać, sprawdzić jeszcze raz. Można się pomylić i spróbować inaczej.
W tym samym czasie dzieją się inne rzeczy. Dzieci skaczą w dal i mierzą, kto skoczył najdalej. Rysują swoje wyniki. Próbują je zapisać. Liczą, porównują, zastanawiają się, dlaczego komuś wyszło więcej, a komuś mniej.
Z zewnątrz wygląda to jak mieszanka aktywności. Trochę ruchu, trochę rysowania, trochę liczenia. W środku dzieje się bardzo dużo.
Pojawia się matematyka – bo jest mierzenie, porównywanie, liczenie.
Pojawia się ruch – bo ciało cały czas uczestniczy w tym doświadczeniu.
Pojawia się język – bo dzieci rozmawiają, tłumaczą, zadają pytania.
Pojawia się myślenie – bo trzeba zrozumieć zależności i znaleźć odpowiedzi.
Pojawia się współpraca – bo wszystko dzieje się w relacji z innymi.
Jedno doświadczenie, a w nim kilka obszarów rozwoju jednocześnie.
I co najważniejsze – dziecko nie tylko „robi zadanie”. Zaczyna rozumieć, o co w tym chodzi. To jest ten moment, którego nie widać w grafiku. Ale to on decyduje o tym, czy wiedza zostanie z dzieckiem na dłużej.

Jak uczą się dzieci naprawdę?

W tym podejściu kluczowe jest to, jak w ogóle rozumiemy naukę. Bo bardzo łatwo myśleć o niej w kategoriach „zajęć” czy “lekcji”, że żeby dziecko się czegoś nauczyło, potrzebuje wydzielonego czasu, konkretnej formy i kogoś, kto to poprowadzi.

I to oczywiście działa… ale tylko do pewnego poziomu. „Model zajęciowy” daje dziecku kontakt z umiejętnością. Pokazuje, że coś istnieje. Dziecko przez chwilę skupia się na danym obszarze, wykonuje zadanie, kończy i idzie dalej. To trochę jak dotknięcie tematu – wystarczające, żeby go zauważyć, ale często niewystarczające, żeby naprawdę go zrozumieć.

„Model oparty na codzienności” działa inaczej, bo nie wydziela nauki z życia dziecka. On ją w to życie wplata.

Dobrym przykładem jest moment wprowadzania przez nauczyciela pojęcia miary. Dzieci zaczynają od bardzo konkretnych doświadczeń. Mierzą różne rzeczy: stoliki, krzesła, własne buty. Mierzą siebie nawzajem, sprawdzają, kto jest wyższy, kto niższy. Ktoś wpada na pomysł, żeby sprawdzić, jak długi jest parapet albo ile „mieści się” w przejściu między półkami. Pojawia się miarka, ale szybko okazuje się, że centymetry niewiele jeszcze mówią. To tylko liczby. Dlatego zanim pojawi się prawdziwa jednostka, dzieci zaczynają mierzyć czymś, co znają – na przykład klockami LEGO. Nagle długość przestaje być abstrakcją. Stolik ma „14 klocków”, kolega „20 klocków wzrostu”, a półka „trochę więcej niż 10”. Można to zobaczyć, porównać, sprawdzić jeszcze raz. Można się pomylić i spróbować inaczej.
W tym samym czasie dzieją się inne rzeczy. Dzieci skaczą w dal i mierzą, kto skoczył najdalej. Rysują swoje wyniki. Próbują je zapisać. Liczą, porównują, zastanawiają się, dlaczego komuś wyszło więcej, a komuś mniej.
Z zewnątrz wygląda to jak mieszanka aktywności. Trochę ruchu, trochę rysowania, trochę liczenia. W środku dzieje się bardzo dużo.
Pojawia się matematyka – bo jest mierzenie, porównywanie, liczenie.
Pojawia się ruch – bo ciało cały czas uczestniczy w tym doświadczeniu.
Pojawia się język – bo dzieci rozmawiają, tłumaczą, zadają pytania.
Pojawia się myślenie – bo trzeba zrozumieć zależności i znaleźć odpowiedzi.
Pojawia się współpraca – bo wszystko dzieje się w relacji z innymi.
Jedno doświadczenie, a w nim kilka obszarów rozwoju jednocześnie.
I co najważniejsze – dziecko nie tylko „robi zadanie”. Zaczyna rozumieć, o co w tym chodzi. To jest ten moment, którego nie widać w grafiku. Ale to on decyduje o tym, czy wiedza zostanie z dzieckiem na dłużej.

agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe

Dlaczego „30 minut zajęć” to za mało

I właśnie dlatego dokładanie kolejnych zajęć, które wracają do tych samych obszarów w krótkich, zamkniętych blokach, zaczyna mieć coraz mniejszą wartość. Nie dlatego, że są złe. Tylko dlatego, że zatrzymują się na poziomie wykonania, zamiast dojść do poziomu zrozumienia. A do tego drugiego potrzebna jest rzecz, której nie da się zaplanować w 30 minutach. Czas i przestrzeń.

Dlaczego dokładanie kolejnych zajęć przestaje działać

Decyzja o ograniczeniu zajęć dodatkowych jest więc próbą uporządkowania tej rzeczywistości, a nie jej zubożenia. To nie jest krok w stronę „mniej rozwoju”. To jest krok w stronę większej jakości tego rozwoju. Bo w pewnym momencie problemem przestaje być brak możliwości. Problemem staje się ich nadmiar.

Kiedy dzień dziecka jest wypełniony kolejnymi aktywnościami, nawet jeśli każda z nich osobno jest wartościowa, to razem zaczynają się znosić. Nie zostawiają miejsca na to, żeby coś się naprawdę utrwaliło, żeby dziecko mogło coś przetworzyć, zrozumieć, „ułożyć w sobie”. Dlatego ta decyzja nie polega na tym, żeby zabrać dzieciom dostęp do rozwoju. Polega na tym, żeby przestać dokładać rzeczy, które powielają to, co już się dzieje w ciągu dnia – tylko w innej, bardziej sformalizowanej formie. I jednocześnie zostawić te aktywności, które wnoszą coś jakościowo innego. Takiego, czego rzeczywiście brakuje w codziennym rytmie.

agugu | blog | dlaczego ograniczamy zajęcia dodatkowe
agugu | blog | dlaczego zostawiamy rolki

Dlaczego zostawiamy rolki (i podobne aktywności)?

Dobrym przykładem są rolki.
Na pierwszy rzut oka to po prostu kolejna forma ruchu. Ale kiedy przyjrzeć się bliżej, widać, że to doświadczenie działa na wielu poziomach jednocześnie. To intensywna praca nad równowagą – dziecko cały czas szuka stabilności, uczy się kontrolować ciało w ruchu. Wzmacniają się mięśnie głębokie, które odpowiadają za postawę i ogólną sprawność. Aktywuje się układ przedsionkowy, odpowiedzialny za orientację w przestrzeni, oraz propriocepcja – czyli zdolność czucia własnego ciała bez patrzenia. Ale to tylko jedna warstwa. Druga dzieje się w głowie dziecka. Bo jazda na rolkach wymaga koncentracji, przewidywania, planowania ruchu. Dziecko musi myśleć: gdzie postawić nogę, jak utrzymać równowagę, co zrobić, żeby się nie przewrócić – albo jak się podnieść, kiedy już się przewróci. I tu pojawia się coś, czego nie da się „nauczyć na zajęciach” w klasycznym rozumieniu – upadki – nie takie symboliczne, tylko bardzo konkretne. I moment, w którym dziecko samo podejmuje decyzję, czy spróbować jeszcze raz. To jest doświadczenie, które buduje odporność psychiczną, wytrwałość, poczucie sprawczości. Pokazuje, że trudność jest częścią procesu, a nie sygnałem, że coś poszło nie tak. Do tego dochodzi jeszcze aspekt społeczny. Dzieci uczą się funkcjonować w grupie, czekać na swoją kolej, obserwować innych, porównywać się – czasem się śmiać, czasem frustrować, ale cały czas być w relacji. I nagle okazuje się, że jedna aktywność obejmuje bardzo szeroki zakres rozwoju – fizyczny, poznawczy, emocjonalny i społeczny.

Dlatego to nie jest „kolejna umiejętność do odhaczenia”. To jest doświadczenie, które buduje fundamenty. I właśnie takie aktywności mają sens w kontekście dnia dziecka, który już jest bogaty w inne formy nauki. Nie dokładamy więcej tego samego. Szukamy tego, czego naprawdę brakuje.

Czego dzisiejszym dzieciom naprawdę brakuje

Jeśli spojrzeć szerzej na to, w jakim świecie dziś dorastają dzieci, widać jedną bardzo wyraźną rzecz: to nie jest świat niedoboru. To jest świat nadmiaru.

Dzieci mają dostęp do ogromnej liczby bodźców, aktywności, propozycji rozwojowych. Ich dni są często wypełnione po brzegi – zajęciami, ekranami, gotowymi formami spędzania czasu. Z każdej strony dostają impuls: „to też warto”, „to też rozwija”, „tego nie przegap”. I w pewnym momencie przestaje chodzić o to, co im jeszcze dać. Zaczyna chodzić o to, co im zostawić. Bo jeśli przyjrzeć się temu uważnie – nie tylko dzieciom, ale też starszym dzieciom i młodzieży – to widać pewne powtarzające się braki.

Brakuje ruchu

który nie jest „zajęciami sportowymi”, tylko naturalnym, codziennym byciem w ciele. Takiego, który nie ma celu poza samym ruchem.

Brakuje czasu na zewnątrz

– nie w formie zorganizowanej aktywności, tylko zwykłego bycia w przestrzeni, która nie jest kontrolowana i przewidywalna.

Brakuje też przerw

Momentów między jednym działaniem a drugim, w których nic konkretnego się nie dzieje. To właśnie w tych przerwach mózg zaczyna porządkować informacje, łączyć fakty, odpoczywać. Bez nich nawet najlepsze aktywności zaczynają się „ślizgać po powierzchni”.

Brakuje relacji

które rozwijają się bez scenariusza. Nie takich, gdzie dorosły prowadzi i moderuje każdy krok, tylko takich, w których dzieci same muszą się dogadać, pokłócić, pogodzić, coś razem wymyślić. To są sytuacje, w których budują się realne kompetencje społeczne.

Brakuje też nudy

Nie tej, którą trzeba natychmiast „zaopiekować”, tylko tej, która przez chwilę jest niewygodna. Bo to właśnie w niej pojawia się inicjatywa, kreatywność, własne pomysły. Dziecko zaczyna działać nie dlatego, że ktoś mu coś zaproponował, tylko dlatego, że samo chce coś stworzyć.

I wreszcie – brakuje dyskomfortu

Świat dorosłych bardzo skutecznie nauczył się go eliminować. Dzieci rzadko muszą czekać, rzadko muszą się naprawdę zmierzyć z trudnością bez natychmiastowej pomocy. A to właśnie w tych momentach buduje się odporność psychiczna, wytrwałość, zdolność radzenia sobie z frustracją.

To są rzeczy, których nie da się „nauczyć na zajęciach”. I jednocześnie to są rzeczy, które mają ogromny wpływ na to, jak dziecko poradzi sobie później – nie tylko w szkole, ale w życiu.

Czego mają w nadmiarze (i dlaczego to problem)

Z drugiej strony bardzo wyraźnie widać też, czego dzieciom dzisiaj nie brakuje.

Nie brakuje im zaplanowanych aktywności. Nie brakuje im zajęć, które ktoś dla nich przygotował. Nie brakuje im scenariuszy, instrukcji, gotowych rozwiązań. Nie brakuje im też bodźców. Ekrany, dźwięki, obrazy – to wszystko jest dostępne właściwie bez przerwy. Mózg dziecka bardzo rzadko ma dziś okazję do prawdziwego „wyciszenia”. Nie brakuje im komfortu. Wiele potrzeb jest zaspokajanych natychmiast. Jeśli coś jest trudne, często pojawia się szybka pomoc dorosłego. Jeśli coś nudne – natychmiastowa alternatywa. I paradoks polega na tym, że to wszystko, co miało wspierać rozwój, w nadmiarze zaczyna go utrudniać. Bo rozwój nie potrzebuje ciągłej stymulacji. Potrzebuje rytmu. Potrzebuje napięcia i rozluźnienia. Działania i odpoczynku. Bodźców i ciszy. I trochę odwagi dorosłych, żeby nie wypełniać każdej przestrzeni tylko dlatego, że można.

Dziecko, które czeka na instrukcję

Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto powiedzieć wprost. Jeśli dziecko dorasta w świecie, w którym większość jego czasu jest zaprojektowana przez dorosłych – gdzie ktoś decyduje nie tylko co będzie robić i kiedy, ale też jak to ma wyglądać – to ono bardzo szybko uczy się jednego schematu. Że ktoś inny prowadzi. Bo w takich sytuacjach dorosły układa plan, tłumaczy zasady, mówi, co jest dobrze, a co źle. Podpowiada kolejne kroki, rozwiązuje konflikty, reaguje, kiedy coś idzie nie tak. Nawet jeśli robi to najlepiej, jak potrafi – nadal to on jest tym, który „wie” i „prowadzi”. Dziecko jest w tym wszystkim uczestnikiem. I dokładnie tego się uczy.

Czekać na instrukcję.

Nie dlatego, że „nie chce inaczej”. Tylko dlatego, że rzadko ma okazję ćwiczyć coś przeciwnego – samodzielne decydowanie, planowanie, ponoszenie konsekwencji swoich wyborów. I z takiego dziecka bardzo łatwo wyrasta dorosły, który dobrze wykonuje zadania… ale ich nie inicjuje. Nie decyduje. Nie bierze odpowiedzialności, bo nigdy nie musiał tego robić naprawdę.

Dlatego ta przestrzeń, w której dziecko może „nic nie mieć narzucone”, nie jest stratą czasu. To jest moment, w którym zaczyna się sprawczość.

Dziecko, które czeka na instrukcję

Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto powiedzieć wprost. Jeśli dziecko dorasta w świecie, w którym większość jego czasu jest zaprojektowana przez dorosłych – gdzie ktoś decyduje nie tylko co będzie robić i kiedy, ale też jak to ma wyglądać – to ono bardzo szybko uczy się jednego schematu. Że ktoś inny prowadzi. Bo w takich sytuacjach dorosły układa plan, tłumaczy zasady, mówi, co jest dobrze, a co źle. Podpowiada kolejne kroki, rozwiązuje konflikty, reaguje, kiedy coś idzie nie tak. Nawet jeśli robi to najlepiej, jak potrafi – nadal to on jest tym, który „wie” i „prowadzi”. Dziecko jest w tym wszystkim uczestnikiem. I dokładnie tego się uczy.

Czekać na instrukcję.

Nie dlatego, że „nie chce inaczej”. Tylko dlatego, że rzadko ma okazję ćwiczyć coś przeciwnego – samodzielne decydowanie, planowanie, ponoszenie konsekwencji swoich wyborów. I z takiego dziecka bardzo łatwo wyrasta dorosły, który dobrze wykonuje zadania… ale ich nie inicjuje. Nie decyduje. Nie bierze odpowiedzialności, bo nigdy nie musiał tego robić naprawdę.

Dlatego ta przestrzeń, w której dziecko może „nic nie mieć narzucone”, nie jest stratą czasu. To jest moment, w którym zaczyna się sprawczość.

Decyzja pod prąd. Nie chodzi o mniej. Chodzi o równowagę.

W decyzji o ograniczeniu zajęć dodatkowych najtrudniejsze jest to, że ona rzeczywiście idzie pod prąd. Bo świat wokół nas coraz głośniej mówi: więcej znaczy lepiej. Więcej zajęć, więcej możliwości, więcej bodźców. Widać to szczególnie w edukacji – oferta się rozrasta, programy puchną, pojawia się coraz więcej „dodatków”, które mają pokazać, że dziecko dostaje wszystko, czego potrzebuje. I uczciwie – rozumiemy to. W czasach, w których dzieci jest mniej, naturalne jest, że więcej miejsc będzie walczyło o uwagę rodziców właśnie bogactwem oferty. Można się spodziewać, że ten kierunek będzie się tylko nasilał. Tylko że my nie podejmujemy tej decyzji, patrząc na trendy.

Patrzymy na wiedzę, którą dziś mamy – z neuronauki, psychologii rozwojowej, obserwacji dzieci. Na to, jak rozwija się mózg, czego potrzebuje układ nerwowy, co buduje trwałe kompetencje. I na nasze własne doświadczenie – codzienne, wieloletnie, oparte na realnej pracy z dziećmi, a nie na założeniach.
To nie jest decyzja „łatwiejsza”. Dużo łatwiej byłoby po prostu dokładać kolejne elementy do oferty. Dawać więcej, pokazywać więcej, odpowiadać na wszystko, co pojawia się na rynku. Trudniej jest powiedzieć: „to już wystarczy”. Jeszcze trudniej – wziąć odpowiedzialność za to, żeby tej granicy pilnować. Bo to oznacza, że nie idziemy za każdym pomysłem. Nie dokładamy wszystkiego, co „mogłoby być wartościowe”.

Nie budujemy programu wokół ilości. Budujemy go wokół równowagi.

Równowagi między tym, co zaplanowane, a tym, co spontaniczne. Między rozwojem a odpoczynkiem. Między prowadzeniem a zostawieniem przestrzeni. Między tym, co dziecko dostaje z zewnątrz, a tym, co buduje w sobie. I to nie jest coś, co „wychodzi samo”. To jest coś, co trzeba świadomie zaprojektować. I czasem największą wartością, jaką możemy dać dziecku, nie jest kolejna rzecz w jego grafiku. Tylko miejsce, w którym może naprawdę skorzystać z tego, co już ma.

Źródła międzynarodowe:
American Educational Research Association (AERA), Foreign Language Learning: What the Research Says (2006)
University of Amsterdam, The Effects of Foreign Language Programmes in Early Childhood Education and Care – A Systematic Review
Patricia K. Kuhl, Social Interaction and Language Learning, Proceedings of the National Academy of Sciences (PNAS)
American Academy of Pediatrics, The Power of Play: A Pediatric Role in Enhancing Development in Young Children (2018)
Harvard University, Center on the Developing Child – materiały o funkcjach wykonawczych

Źródła polskie:
Ośrodek Rozwoju Edukacji – materiały dotyczące nauczania języka obcego w wychowaniu przedszkolnym
Ministerstwo Edukacji Narodowej – Podstawa programowa wychowania przedszkolnego
Instytut Badań Edukacyjnych – raporty dotyczące edukacji przedszkolnej i rozwoju dziecka
Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę – materiały eksperckie o rozwoju emocjonalnym i dobrostanie dzieci
Publikacje prof. Anny Brzezińskiej dotyczące rozwoju dziecka i znaczenia zabawy

Podziel się tym wpisem!

4 Comments

  1. Łukasz 17-05-2026 at 08:29 - Reply

    Uważam ten tekst za bardzo potrzebny dzisiaj. Daje do myślenia nie tylko w kontekście dzieci ale i dorosłych. Dziękuję i gratuluję decyzji.

    • agugu 18-05-2026 at 12:34 - Reply

      Dzięki! Mamy poczucie, że dziś wszyscy i dzieci i dorośli, jesteśmy na maksa przebodźcowani i zmęczeni ciągłym „więcej”. Czasem największym wsparciem rozwoju jest właśnie odpuszczenie czegoś, a nie dokładanie kolejnych aktywności.

  2. Adam 17-05-2026 at 21:56 - Reply

    Dużo lepiej czytałoby się ten artykuł gdyby nie ewidentne konstrukcje wygenerowane przez AI
    Pomimo tego, popieram w pełni te idee

    • agugu 18-05-2026 at 12:31 - Reply

      Haha, tak! AI pomaga nam czasem uporządkować myśli, albo skrócić drogę od „mamy to w głowie” do „jest opublikowane” 😄 Ale sam temat i emocje za nim są już bardzo nasze i z życia wzięte. Na maksa super, że idea wybrzmiała i że piszesz, że trafia. Uff… bo decyzja jest dość ryzykowna jak na nasze polskie realia. Dzięki za przeczytanie, bo długość tekstu jest mocno nie “fast” 🙂

Napisz komentarz